Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
RSS
wtorek, 14 listopada 2006

Za 3 godziny wyruszam w podróż. Szczerze mówiąc im bliżej tym mniej mi się chce. Przeraża mnie ta podróż do Krakowa. Z Poznania do Krakowa pojade siedem raz dłużej niż z Krakowa do Amsterdamu. Chyba bardziej mnie przeraża to, że dziś w nocy nie będzie mowy ani o chwili snu! Ale przecież miałem już bezsenne noce, wiec wiem, że dam rade :-)

Do napisania już z Wiatrakowa

13:49, flevoland
Link Komentarze (3) »
Podróż
No to czeka mnie dziś podróż. Z Poznania wyjazd przed 19, we Wrocławiu o 21 a w Krakowie o 2:30. Samolot o 6:50 i o 9:00 powienienem być już w Amsterdemie. Czyli za 24 godziny będę już w kraju wiecznej depresji i tysiąca wiatraków. Ja już chcę jutro... Jak sobie pomyśle, że tyle czasu potrzebuję, aby przejecheć 400 km to mnie szlag jasny trafia!
09:12, flevoland
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 listopada 2006
Pakowanie cz.2

Wreszcie udalo mi się osiągnąć pożądaną wagę walizki! 15 kg! Czyli mogę jeszcze jakies 5 kg dorzucić :-) Muaiałem zmienić walizkę na lżejszą, bo tamta sama ważyła 5 kg i wraz z całym pakunkiem ważyła już 20 kg a tego to ja zaakceptować nie mogłem! Dziś jeszcze trzeba sobie zorganizować plan podróży do Krakowa. Z Poznania są beznadziejne połączenia, ale już mam mały plan, więc chyba nie będzie tak źle. Za jakieś 40 godzin będę już w Wiatrakowie :-))

11:31, flevoland
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 listopada 2006
Wielkie pakowanie

Za 3 dni o tej godzinie będę już w Wiatrakowie. Wielkie pakowanie trwa. Ja nie wiem jak ma mi wystarczyć 20 kg bagażu! W życiu bym nie podejżewał, że kilka par spodni, koszul, koszulek aż tyle waży. Może to wina wódki, trójniaka i nalewki babuni? Te buteli cholernie ciężkie. Ale żeby aż 20 kg to miało? No nic musze sie przepakowac w inną walizkę i zrobic małą redukcje ciuchów... Zresztą tam pralka i suszarka jest, więc chyba jednak się ogranicze do minimum.

12:28, flevoland
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 listopada 2006
Parkowanie

Przyznać muszę, że Polacy i Holendrzy mają jedną ceche wspólną. Parkowanie. Zarówno w Peelu jaki i w eNelu króluje zasada, grunt, ze ja zaparkowałem reszta niech się martwi o siebie. czym to się objawia? Zajęte dwa miejsca parkingowe, parkowanie tak blisko drugiego samochodu, że ten co parkuje może spokojnie wysiąść i jeszcze namiot przy drzwiach postawić z samochód obok jest praktycznie pozbawiony dostepu od strony kierowcy. Byłem świadkiem oto takiej przecudnej sytuacji. W drodze do samochodu słyszymy dość regularne wycie alarmu samochodowego, na szczęście nie naszego. sygnał troch pojojczy i się wyłącza po czym po kilku sekundach znów się włącza. Zaciekawieni tym zjawiskiem udajemy się za sygnałem. Mój super dobry słuch bardzo dobrze mnie poprowadził i w mig dotarliśmy na miejsce, zresztą była tam spora grupka ludzi już, głównie turystow zaciekawionych całą tą niecodzienną sytuacją. A wyglądało to jak jakiś teleturniej z cyklu jak rozłościć sąsiadów i wygrac milion euro. Stoją obok siebie 3 samochody z tym, że środkowy jest przyblokowany z obu stron. Czynny udział w akcji bierze najprawdopodobniej właściciel owego przyblokowanego samochodu. Na zmianę buja to jeden samochód to drugi, ciągnie za klamki, przez co włącza sie ten nieszczęsny alarm. No ja trafiłem na końcówkę akcji niestety, ale facet był niexle wpieklony. Żaden z włascicieli (blokujących) się nie pojawił i to chyba szczęśliwie dla ich zdrowia, pojawiła się natomiast policja, która uspokoiła faceta dwa blokujące samochody odholowała. Ponoc koszty takij operacji są dość duże i następnym razem po zaparkowaniu na pewno właściciele tych samochodów będa sprawdzac czy wszystko jest ok. Aż dzi bierze, że można byc takim idiotą. 

19:33, flevoland
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 listopada 2006
Pogoda w Wiatrakowie

Wprawdzie miałem okazje tylko raz być w Wiatrakowie i to w porze letniej, ale myślę, że moge na temat pogody się wypowiedzieć. W Holandii jedno jest pewne, nigdy nie będziesz pewien pogody jaka będzie za kilka godzin. A było to tak... Dnia pewnego sierpniowego postanowiliśmy pojechać do Kinderdijk, aby wiatraki pooglądać (o wiatrakach będzie później). Wyjechaliśmy z Zeewolde (jakieś 40 km na wschód od Amsterdamu) i była pogoda raczej jesienna, mrzawka, pochmurno no i nie za wesoło. Po drodze zawitaliśmy do Leiden na kawe i tam już świeciło piękne słońce! No lato pełną gębą! Jednak ta sielanka nie trwała zbyt długo, bo zaczął padać deszczyk... tak ni stąd ni z owąd... popadało może z 15 minut i znów słońce zagościło na niebie. Po kawie i pogaduszkach trzeba było wziąć tyłek w troki i pojechać do Kinderdijk. Jechaliśmy przez Rotterdam, bo tak nawigacja satelitarna nam kazała. A w Rotterdamie nispodzianka nas czekała! Grad i to nie byle jaki grad! Tak nawalał, że momentalnie na autostradzie zrobił się korek, woda była wszędzie a prędkość z jaką jechaliśmy wołała o pomste do nieba! Tyłem na czworakach byśmy szybciej tam dotarli! Ale czemu się dziwić, widoczność byłą praktycznie zerowa! Szczęśliwie samochód cały, żadnych kolizji nie było widać, więc chyba jakoś wiatrakowcy opanowali sytuację. Jak widać pogoda jest raczej nieprzewidywalna, bo słuchaliśmy dzień wcześniej prognoz w tiwi i nikt nas nie uprzedził... ale i tak było fajnie :)
Zresztą w Holandii dobrze mieć zawsze ze sobą coś przeciwdeszczowego, cokolwiek... choćby worek foliowy, aby na głowę wlożyć... Otóż innego sierpniowego jakby sie wydawalo pięknego dnia wybraliśmy się do Amsterdamu w celach turystyczno - szopingowych. Słońce dawało od samego rana niemiłosiernie, co mnie ucieszyło bardzo. Moja radość była oczywiście przedwczesna, bo w Wiatrakowie nie znasz dnia ani godziny... kiedy spadnie deszcz. No i spadł! Szczęśliwie byliśmy na jednym z wielu targów z owocami, warzywami i innym cudami z niemal całego świata do czegoś bardziej lub mniej podobne. Deszcz spadł niespodziewanie, wody było nadwyraz dużo. No i pada... najpierw pierwsze pięć minut, potem kolejne pięć i tak mogłoby się zdawać w nieskończoność. My już znudzeni wpatrywania się w te wszystkie straganowe cuda i uśpieni melodią kropel padających na plastikowe dachy straganów zdecydowaliśmy się wskoczyć do holenderskiego pubu. Tłum niemiłosierny, dymu niesamowicie dużo, seteczki wódeczki się lały równie rzewnie jak deszcz za oknem... było wesoło. Po jednym głębszym na odwage postanowiliśmy sie przetransportować na parking (to znaczy ja łyknąłem, kierowca nie łykal głębszego). Przez droge i tak zmokłem, cały przemoczony, nawet bielizna... A dzień zapowiadał się tak sympatycznie... Teraz jak pojadę to już uzbrojony w porządną kurtkę przeciwdeszczową i parasol! A co!

19:29, flevoland
Link Komentarze (3) »
wtorek, 31 października 2006
Języki

Niderlandzki dla słuchacza, który nigdy nie miał styczności z tym językiem brzmi jak jedno wielkie charczenie. No i dla mnie tez tak brzmi. Tyle tylko, że ja już powoli zaczynam się orientować w pojedyńczych słowach. Bo do zwrotów mi jeszcze daleko. Niderlandzki to dziwny język i Holendrzy też sa dziwni, na powitanie wyzywają się... i to od chujów.. chuje morchen* (zapis fonetyczny - dzień dobry). Widocznie jest to perwersyjny naród. Język ten ma taką przypadłość, że u ludzi starszych on brzmi w miare naturalnie. Ludzie starsi sami z siebie charczą, więc to "G" (wymawia się  jak charczące "H") u nich brzmi dość wiarygodnia. Natomiast kiedy słucham mlodzieży, to śmiech mnie tochę ogarnia, bo słychac jakby wszyscy oni mieli wiecznego kaca ;-)
Co do języków. Pewnego razu, kiedy to byłem w Berlinie u znajomych Niemców i Marokańczyków to katowali mnie wręcz, abym mówił po polsku, bo im się ten język podoba. Więc jak katarynka powtarzałem trzystatrzydzieścitrzy etc. Niestety dla nich to byla gimnastyka języka, ich lubienie języka polskiego ogranicza się do sporadycznego słuchania (głównie Kapeli Ze Wsi Waszawa). Nie ukrywam, że sam bardzo lubię KZWW.
Wracając do niderlandzkiego. Sporo osób popełnia błąd (sam go jeszcze niedawno uskuteczniałem, że tak powiem) i mówi język holenderski. Nie ma języka holenderskiego! Niderlandzkiem posługują się nie tylko Holendrzy, także Belgowie i jeszcze w kilku miejscach na Ziemii :-)
Dla mnie niderlandzki jest nawet miły dla ucha, jak czasem słucham SkyRadio.nl (u mnie w zakładkach) to sympatycznie słyszeć jakieś charczenie, czasami ma się wrażenie, że ten ktoś po drugiej stronie kabla udusi się własną śliną... Ale cóż... każdy język ma swój urok...

22:37, flevoland
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 października 2006
Okęcie - Schiphol

Ostatnio jak leciałem do Amsterdamu z Warszawy to na Okęciu miałem co chwilę nerwa. Nie dość, że leciałem dwa dni po tych udaremnionych zamachach w Londynie to jeszcze było sporo atrakcji. Zaczęło sie od tego, że komórka mi siadła! I tu już pies pogrzebany! Podchodzę do odprawy biletowej. Miła pani z KLMu proponuje mi lot do Amsterdamu przez Bruksele, ale w A'mie bedę po 23 a nie jak planowałem o 18. Niestety nie mogłem skorzytać z tego przywileju, nie zarobiłem dość dobrych pieniędzy ojro, tylko przez tę głupotę, że komórka mi siadła i nie miałem jak poinformowac człowieka, który miał na mnie czekać na lotnisku Schiphol, że będe później. No cóż... stało się... Do obszaru wolnocłowego wpuszczono mnie problemów. No ale potem już się sielanka skończyła. Odprawa celna. Niby wszytko okej, ale celnik mnie zatrzymał. Zaczął wypytywać dokąd na jak długo do kogo i w oógle po co lecę, ile gotówki z kraju wywożę z PeeLu... Ło matko, co go obchodzi dokąd lecę... Ale grzecznie i z uśmiechem odpowiedziałem, że lece do Holandii, do rodziny na wakacje... Co do gotówki to kto mądry w dobie kart płatniczych wozi ze sobą pieniądze? Tak mu powiedziałem i koleś dał mi spokój. Poszedłem grzecznie pod bramke, aby mnie wpuscili do samolotu, ale, że miałem jeszcze czas to sobi usiadłem. Siedzę i siedzę... Nudze się okropnie, bo iPoda włożyłem do dużej walizki, bo to niby do samolotów nie można wnosić. Co się wynudziłem to moje... niestety wspaniała obsługa lotniska nie dała mi sie tak długo ponudzić, bo po co... Samolot był opóźniony 30 minut... ech... ponoć to normalne... czy oni układając rozkład lotów nie mogą wziać poprawki jakies 30 minut na ewentualne poślizgi? Nie byłoby wtegy opóźnień, albo byłyby mniejsze ;-) Ale na tym się moja "sielanka" na Okęciu nie kończy. Słysze jak przemiła pani sączy tekst rodem z "Misia": "Pasażer Stanisław Paluch zgłosi się..." No i przemiła pani wyrecytowała ten tekst, tylko, że z moim imieniem i nazwiskiem. Posłusznie do niej podszedłem (choć serce mi nawalalo jak cholera, już przed oczami miałem nocleg na lotnisku, albo jeszcze gorzej, wcale nie polece do Wiatrakowa!). Na szczęście zmienili mi tylko miejsce, nie siedziałem przy oknie a przy korytarzu. W sumie niewiele straciłem, bo przez całą drogę było pochmurno... Do Amsterdamu doleciałem cały... Chyba nie musze mówić, że przez połowę lotu mogliłem się, aby bagaż leciał ze mną! Na szczęście doleciał. Od wyjścia z samolotu do odebrania bagażu minęło jakies 30 minut, co jest nie lada sukcesem, bo ponoć na bagaż się czeka bardzo długo a i lotnisko jest słusznych rozmiarów!I oto w taki sposób dotarłem po praz pierwszy do kraju wiecznej depresji (czyt. Holandii) ;-)

20:47, flevoland
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 października 2006
Samolot

Bilet dp Amsterdamu już mam. Tym razem polecę Sky Europe z Krakowa. Ostatnio było to KLM i byłoby super gdybym miał miejsce przy oknie. Ale za to posiłek był dobry, więc jakoś to się wyrównało. No i teraz bilet był tańszy, kosztował tylko 260 zł w obie strony wraz ze wszystkim opłatami. Do Berlina drożej mnie kosztuje podróż Inter City niż samolotem do Wiatrakowa. Lubie latac samolotem. Wprawdzie leciałem dopiero 4 razy, ale sa rzeczy, które lubi sie od pierwszego razu :-) Chyba najbardziej lubie startować, to przyspieszenie a potem unoszenie się, taka magia wręcz... Pamiętam jak 2 lata temu leciałem pierwszy raz do Barcelony. To było coś cudownego w dwie godziny przenieść sie do zupełnie innego świata. Jeszcze tylko 17 dni i kolejny lot przede mną! Mam nadzieję, że tym razem usiądę przy oknie i będę mógł podziwiać miasta i wioski z lotu ptaka.

18:00, flevoland
Link Komentarze (1) »
Tytułem wstępu

Na tym blogu będe pisać o wrażeniach z pobytu w Wiatrakowie (czytaj w Holandii). 15 listopada wybieram się tam na cały miesiąc. Mieszkać będę w prowincji Flevoland (to jest ta część wiatrakowa, którą Holendrzy sami sobie usypali). Już byłem tam raz, ale tylko 2 tygodnie. Teraz czas na prawdziwą rozpustę...

14:13, flevoland
Link Dodaj komentarz »